Któż z mieszkańców Głogowa Małopolskiego nie słyszał o Franciszku Kotuli? Był człowiekiem wielowymiarowym o wielu zainteresowaniach i talentach. W 2020 r. mija równo 120 lat od jego narodzin. Jest to doskonała okazja, by przypomnieć jego sylwetkę.

Był najstarszym synem głogowskiego cieśli Walentego Kotuli i jego żony Julii z Liszczów. Przyszedł na świat 26 marca 1900 r. w Głogowie Małopolskim. Rodzina mieszkała w domu położonym na niedużym przysiółku miasta Piaski. Ta lokalizacja była istotna z punktu widzenia rozbudzania ciekawości o dawnych dziejach u młodego Franka. W latach jego dzieciństwa w pobliżu Piasków znajdował się mieszczący dawniej wojskowe koszary, a później opuszczony stary pałac książąt Lubomirskich oraz ruiny XVIII-wiecznego kościoła wraz z domem misyjnym. Franek bawił się często w ich okolicach, a wyobraźnię sycił opowieściami dorosłych o historii tych budowli. Lubił słuchać opowiadań o przeszłości zarówno od swojego ojca, jak i dziadka od strony matki, Stanisława Liszcza, którego często odwiedzał na Wygodzie, innym przysiółku Głogowa.

1fot. Franciszek Kotula, zdjęcie z 1942 r. z niemieckiej kenkarty (zbiory MGBP).

O tych inspiracjach Franciszek Kotula pisał już pod koniec swojego życia, ale zdradził w ten sposób, jak rozbudziła się jego wyobraźnia. Wyobraźnia, to jest słowo kluczowe, które charakteryzuje Kotulę jako badacza i pisarza. Wyobraźnia przeplatana z intuicją, chociaż nie zawsze trafną, niemniej jednak często naprowadzającą na właściwą drogę. Jego ojciec musiał dostrzec niezwykły charakter swojego syna, jako jedynemu z licznego rodzeństwa pozwolił kształcić się po ukończeniu szkoły powszechnej. Franciszek Kotula rozpoczął naukę w seminarium nauczycielskim w Rzeszowie. W trakcie nauki, w 1919 r. miał krótki epizod wojenny. Wraz z całym rocznikiem wstąpił do Polskiej Organizacji Wojskowej, lecz na front nie trafił, zaraził się czerwonką. Ostatecznie wojna go ominęła, ale i on zbytnio się na nią nie pchał, nie miał charakteru wojaka. Został więc nauczycielem.

Swoją karierę zawodową rozpoczął 1 września 1920 r. w szkole we wsi Straszydle. Miał uprawnienia młodszego nauczyciela do nauczania przedmiotów humanistycznych: języka polskiego i historii. Po roku czasu udało mu się uzyskać w Radzie Szkół Powiatowych przeniesienie do rodzinnego Głogowa. Charakterystyka pracy nauczyciela z dziećmi wiejskimi i tymi pochodzącymi z miast i miasteczek była zupełnie inna. W tamtych czasach to głównie z miast wywodziła się inteligencja, zatem praca w szkole w mieście była ambitniejsza. Dlatego gdy we wrześniu 1924 r. Franciszek Kotula został przeniesiony do szkoły w Budach Głogowskich, poczuł to jako degradację. I tu okazał twardość charakteru, 11 marca 1925 r. zdał w Rzeszowie egzamin kwalifikacyjny uzyskując status starszego nauczyciela. Od września mógł więc wrócić do pracy w Głogowie.

Szkoła mieściła się w zrujnowanym już budynku ratusza. Ale trwała w tym samym czasie budowa nowego gmachu dla szkoły, tak więc po trzech latach Kotula wraz z pozostałymi nauczycielami i uczniami miał już znacznie lepsze warunki do pracy. Młody nauczyciel chciał dalej się rozwijać, zdał egzamin w kuratorium oświaty i od września 1928 r. został skierowany do Torunia na Wyższy Kurs Nauczycielski, który ukończył w czerwcu następnego roku. Wakacje spędził jeszcze w rodzinnym mieście, ale od września 1929 r. przeniósł się do Tyczyna, gdzie podjął pracę w tamtejszej szkole. Plotka mówi, że powodem opuszczenia Głogowa była odmowa rodziców pewnej dziewczyny, o której rękę starał się Kotula. Podobno wywodzili się ze starego głogowskiego rodu i uważali rodzinę cieśli z Piasków za gorszych od siebie, mimo że młodzieniec został już inteligentem.

Spotkałem się z opinią, że jakoby młody Franciszek Kotula dopiero w Tyczynie zapoznał się ze społeczeństwem żydowskim. To nie może być prawdą, w Głogowie było mnóstwo Żydów, Kotula uczył żydowskie dzieci i miał kontakty z ich rodzicami. Po prostu dopiero w Tyczynie zaczął prowadzić szersze zapiski kronikarskie, które zawierały m.in. obserwacje związane z życiem tyczyńskiej diaspory. Był obcym w środowisku mieszkańców Tyczyna, nic dziwnego więc, że chciał poznać jego tajemnice, część tamtejszych Żydów żyła w większej otwartości i chętnie gościła nowego nauczyciela. Pragnąc głębiej poznać ich kulturę Kotula zaczął się nawet uczyć podstaw hebrajskiego. W zapiskach otwarcie przyznaje się, że podobały mu się żydowskie dziewczęta.

W swej pracy pedagogicznej Franciszek Kotula stosował nowatorskie metody dydaktyczne. Zwrócił tym uwagę kuratora, który w 1932 r. przeniósł go do Rzeszowa do szkoły im. Mickiewicza. Był to swoisty awans. W nowej szkole poznał Michalinę Kozównę. Rok później wzięli ślub. W 1934 r. urodził się ich pierwszy syn Sławomir, a drugi Bogusław przyszedł na świat w 1938 r.

Zdjecie2fot. Ze swoją żoną Michaliną, lata 30. XX w. (zbiory MGBP).

Franciszek Kotula od młodości charakteryzował się żyłką kolekcjonerską. Gdy przybył do Rzeszowa miał już ze sobą całkiem niezłe zbiory różnych zabytkowych przedmiotów. Dodatkowo interesował się kulturą ludową. To spowodowało, że znalazł się wśród założycieli Towarzystwa Regionalnego Ziemi Rzeszowskiej, które w 1935 r. powierzyło mu społeczne stanowisko kustosza w projektowanym Muzeum Ziemi Rzeszowskiej. Franciszek Kotula zajął się gromadzeniem zbiorów muzealnych. Pochodziły one przeważnie z darowizn. Jeździł po okalających Rzeszów miejscowościach i prosił o przekazywanie zabytkowych przedmiotów i dokumentów na cele muzealne. Z Głogowa pozyskał m.in. stare księgi cechowe i przedmioty związane z działalnością głogowskich rzemieślników. Od początku muzeum mieściło się w budynku szkoły im. Adama Mickiewicza w Rzeszowie, w której kustosz pracował. Za utworzenie muzeum Kotula w 1938 r. otrzymał srebrny Krzyż Zasługi.

Działalność muzeum przerwał wybuch II wojny światowej. Franciszek Kotula w pierwszych dniach września 1939 r. wraz z wieloma innymi mężczyznami ewakuował się na wschód. Jednak klęska armii polskiej przyszła bardzo szybko i ewakuacja straciła sens. Po powrocie do Rzeszowa Kotula zastał szkołę zamkniętą, lecz stwierdził, że ktoś włamał się do muzeum. Zginęło kilka eksponatów, ale większość nadal znajdowała się na swoim miejscu. Jednak najgorsze dopiero miało nadejść. Niemcy postanowili zamienić szkołę na szpital wojskowy, w związku z czym opróżniali sale z niepotrzebnych przedmiotów. Wśród nich znalazły się eksponaty, które zaczęto wynosić wprost na ulicę. Kotula zareagował odruchowo. Udał się do ratusza, gdzie urzędował inspektor miejski Wilhelm Goer. Jak twierdził Kotula, nie był on typem wiernego ideologa narodowego socjalizmu i cechował się kulturalnym obyciem. Przekonany został argumentem, że eksponaty są cenne dla kultury niemieckiej, ponieważ świadczą o zasiedlaniu tych terenów w przeszłości przez kolonistów z Niemiec. Był to wybieg, który okazał się bardzo skuteczny.

Goer przeznaczył dla Kotuli pomieszczenie na piętrze w jednej z przyrynkowych kamienic. Na dole kamienicy mieściły się sklepiki żydowskie. Wkrótce jednak Żydzi trafili do wydzielonego getta i Kotula dysponował już całą kamienicą. Muzeum oczywiście nie było dostępne dla Polaków i mogli odwiedzać je tylko Niemcy. Któregoś dnia w kamienicy pojawił się wojskowy komisarz miasta Albert Pavlu. Był on Niemcem sudeckim i przed rozpadem monarchii Habsburgów w 1918 r. był ich poddanym. Jego ojciec służył w pułku, który stacjonował w Rzeszowie. Pavlu ze zdumieniem zobaczył na ścianie obraz, który przedstawiał właśnie żołnierzy owego pułk. Niemca ogarnął sentyment i przychylniejszym okiem spojrzał na Kotulę. Załatwił mu zatrudnienie jako nauczyciela najpierw w Zwięczycy, a później w Rzeszowie. Franciszek Kotula pobierał wynagrodzenie, ale jego obowiązkiem było dbanie o eksponaty muzealne. Otrzymał nawet pieniądze na remont kamienicy i przystosowanie jej do celów muzealnych.

Zdjecie3fot. Wnętrza muzeum znajdującego się przy rzeszowskim rynku, lata 40. XX w. (zbiory MGBP).

W rzeczywistości Kotuli wcale nie było lekko. Pavlu miał swoje humory i czasami potrafił dokuczyć muzealnikowi. Niemcy wściekle poszukiwali pochodzącego z połowy XVIII w. planu Wiedemanna. Karol Henryk Wiedemann był niemieckim inżynierem, który służył książętom Lubomirskim i wykonał unikalny plan, przedstawiający wygląd Rzeszowa. Zamiarem Niemców było wywiezienie go do III Rzeszy. Szukali na próżno. Plan bezpiecznie ukryty leżał w domostwie rodzinnym Kotuli na Piasku w Głogowie. Dzięki temu nienaruszony przetrwał wojnę.

Franciszek Kotula otrzymał zezwolenie, aby do prac remontowych i przy organizowaniu muzeum zatrudniać Żydów z getta. Mieli oczywiście pracować za darmo i pod przymusem, jednak Kotula stwarzał im takie warunki, że woleli stawić się do pracy niż pozostawać w getcie. W zaułkach za rynkiem można było kupić trochę czarnorynkowego jedzenia i przemycić je do getta. Poza tym Kotula, który odnosił się z sympatią do Żydów, czynił pozory normalności, jakby wojny nie było. Jednocześnie kontaktował się z nimi w celu pozyskania zabytkowych judaików dla zbiorów muzealnych. W ten sposób muzeum wzbogaciło się m.in. w lampki chanukowe, świeczniki, naczynia ceramiczne i metalowe oraz hebrajskie pergaminy.

Chociaż na grobie Franciszka Kotuli znajduje się inskrypcja, że był żołnierzem AK, w rzeczywistości w szeregi amii podziemia nigdy nie wstąpił. Jednak współpracował z konspiratorami, którzy z oczywistych powodów skontaktowali się z nim. Stykał się przecież z Niemcami, z samym Pavlu, a więc mógł uzyskać jakąś przydatną w konspiracji informację. Dodatkowo akowcy powierzali mu na przechowanie niektóre rzeczy. W kamienicy była piwnica, do której Niemcy nigdy nie zaglądali. Jednak ryzyko i tak było duże i w razie wpadki Kotula bez wątpienia trafiłby do Auschwitz.

Po wycofaniu się Niemców Franciszek Kotula miał świadomość, że łupem złodziei i żołnierzy Armii Czerwonej może paść wyposażenie dworków ziemiańskich, które zostały opuszczone przez właścicieli. Wystarał się więc u władz wojewódzkich o zaświadczenie, a w zasadzie dwa zaświadczenia, bo jedne napisane w języku polskim i drugie w języku rosyjskim, z upoważnieniem na przewiezienie najcenniejszych rzeczy do muzeum. W ten sposób pozyskał kolejne eksponaty. Muzeum, które przed wojną było społeczne, teraz zostało upaństwowione i stało się muzeum miejskim. Przed Kotulą otwierał się nowy rozdział życia jako muzealnika. Przez władze miejskie został ustanowiony kierownikiem placówki. Siedzibą muzeum nadal była kamienica wyznaczona jeszcze przez niemieckie władze okupacyjne. Obecnie mieści się w niej Muzeum Etnograficzne im. F. Kotuli, oddział Muzeum Okręgowego w Rzeszowie.

W 1946 r. Franciszek Kotula za swój wkład w ocalenie zbiorów muzealnych w czasie wojny otrzymał Złoty Krzyż Zasługi. Od 1950 r. muzeum w Rzeszowie przeniesione zostało pod zarząd resortu Ministerstwa Kultury i Sztuki i zarazem pozyskało nową siedzibę w dawnym klasztorze pijarów przy ulicy 3 Maja. Był to ogromny skok rozwojowy, dzięki temu Kotula stawał się kierownikiem całkiem sporej placówki muzealnej.

I wówczas zaczął się spór. Do marca 1951 r. Kotula otrzymywał dodatek do pensji za pełnienie funkcji kierowniczej. Jednak w Centralnym Zarządzie Muzeów uznano, że jest to dodatek naukowy, a Kotula nie spełnia kryteriów pozwalających zaliczyć go do grona naukowców, w związku z czym odebrano mu go. Decyzję tę uważam dla siebie za krzywdzącą – odwoływał się Kotula – bowiem pełniąc funkcję kierownika Muzeum Okręgowego […], daję ze siebie specjalny wysiłek. Jeżeli kierownicy muzeów regionalnych pobierają dodatek za kierownictwo, uważam że kierownik Muzeum Okręgowego ma również prawo do podobnego dodatku. Na swą skargę Kotula otrzymał odpowiedź odmowną, dlatego skierował kolejne pismo, tym razem bezpośrednio do Ministra Kultury i Sztuki Włodzimierza Sokorskiego. Również i to pismo nie odniosło zamierzonego skutku. Przepychanki z komunistyczną biurokracją okazały się znacznie trudniejsze niż gra prowadzona z Niemcami w czasie wojny.

Doprowadzony do ostateczności Kotula, postanowił w lutym 1954 r. napisać do Rady Państwa, a więc de facto do samego Bieruta. Do pisma dołączył listę książek, które wydał oraz powołał się na opinię takich naukowców jak Stanisław Lorenz czy Aleksander Gieysztor. W końcu znaleziono kompromis, zaproponowano Kotuli, aby zwrócił się do ministerstwa o uznaniowe przyznanie mu stopnia naukowego. Jak stwierdziłem w ankiecie – wyłuszczał Kotula we wniosku – nie posiadając wyższych studiów, nie mam żadnego tytułu naukowego. Ukończyłem tylko seminarium nauczycielskie (w r. 1920) i wyższy kurs nauczycielski (w r. 1929 w Toruniu) – jako pracownik naukowy jestem więc wyłącznie samoukiem. Następnie wymieniał swoje zasługi związane z badaniami nad kulturą ludową, a wiejski lud wszakże powinien być bliski władzy, która lubi siebie określać ludową. W odpowiedzi na to pismo, dyrektor Centralnego Zarządu Muzeów wystąpił o nadanie Franciszkowi Kotuli stopnia docenta.

Zdjecie5fot. Przed pałacem Jędrzejowiczów w Staromieściu (zbiory MGBP).

Franciszek Kotula pozostawał przez następnych kilka lat na stanowisku dyrektora Muzeum Okręgowego w Rzeszowie, później wobec dalszego rozwoju placówki, zajął się tylko kierowaniem Działem Etnograficznym. W latach 60. zorganizował 20 obozów naukowo-badawczych dla młodzieży. Razem z młodymi ludźmi ruszał, jak to sam określał „w teren”. Wspólnie chodzili po wsiach, spotykali się z miejscowymi, najlepiej takimi, którzy lubili dużo opowiadać i spisywali każde zasłyszane słowo. W ten sposób powstał materiał, który miał służyć dalszemu opracowywaniu narracyjnemu i ukazać się w postaci książek.

Dorobek Franciszka Kotuli został w pełni doceniony w 1976 r., gdy miesięcznik „Barwy”, przyznał mu medal im. Oskara Kolberga. Kotula miał już wówczas 76 lat, od 6 lat znajdował się na emeryturze. Problemy zdrowotne nie pozwoliły mu pojechać do Płocka, gdzie w Muzeum Mazowieckim miało odbyć się wręczenie medali wszystkim laureatom. Przepraszając za nieobecność Kotula prosił jednocześnie o przekazanie swoich słów pozostałym nagrodzonym: Przykro mi bardzo, ale nie z mojej winy, nie mogłem dziś znaleźć się w Waszym gronie. Przesyłam Wam wszystkim pozdrowienia i składam hołd należny kapłanom wyznania, które zowie się Polską Kulturą Ludową. Jest to zarazem wspaniała świątynia, w której chociaż różnymi językami-wyrazami, to jednak wszyscy czcimy to samo bóstwo – powtórzę się – Polską Kulturę Ludową.

Zdjecie4fot. Przystanek w terenie, lata 70. XX w. (zbiory MGBP).

W okresie pobytu na emeryturze, gdy Kotula dysponował już większą ilością czasu napisał wiele ważnych książek. Miedzy innymi wówczas powstało „Miasteczko”, czyli wspomnienia o dawnym Głogowie Małopolskim, czy „Tamten Rzeszów”. 24 kwietnia 1980 r., w swoje osiemdziesiąte urodziny, Kotula napisał kilka stron „Wynurzeń”. Zadał w nich sobie pytanie, kim właściwie jest. Nie jestem w stanie dać sam sobie konkretnej odpowiedzi – oznajmił. – I oto w powyższe pytanie wtrąca się inne, może istotniejsze: kim nie byłem? Nie byłem tedy naukowcem w ścisłym tego słowa znaczeniu, pisarzem w sensie literackim też nie. Więc? Filozofem? Historykiem kultury, względnie psychosocjologiem? NIE WIEM!

Zdjecie6fot. Franciszek Kotula w swoim mieszkaniu przy ulicy Puławskiego w Rzeszowie, w którym na emeryturze gościł wiele młodych osób (zbiory MGBP).

Każdy zatem oceniając dorobek Kotuli samodzielnie musi odpowiedzieć, co on dla niego znaczy. Ja uważam, że Kotula umierając 22 kwietnia 1983 r. przyniósł regionowi wielką stratę.

 

Robert Borkowski